Byliśmy bardzo zmęczeni, ale też zadowoleni na maksa!
PS Po wycieczce udaliśmy się na obiad do Kudowy Zdrój oraz do sklepu. Małż w klapkach i spodniach dresowych (ubłoconych i dziurawych – prawdziwy turysta, niebojący się poświęceń) stanowił niezłą atrakcję turystyczną. Ale jeszcze ciekawsze było to, że przez pół Kudowy woziliśmy obiad na dachu samochodu.🙈 Jak do tego doszło? Nie wiem… Tzn. wiem. Małż go tam położył i o nim zapomniał. Dopiero dobry człowiek pod Lidlem zwrócił nam uwagę, że chyba obiad na dachu wieziemy…
Po półgodzinnym marszu wśród skał (stromymi, kamiennymi schodkami prowadzącymi w dół) dociera się wreszcie do Kociego Zamku. Jest to spora formacja skalna z licznymi jaskiniami i wąskimi przejściami. Didulec miała już dość nosidła, więc zostałam z nią przed Zamkiem, a Małż z Młodą poszli zwiedzać. Gdy wrócili, okazało się, że Młoda owszem weszła w różne ciasne zakamarki, ale sama… Małż się nie zmieścił i pilnował jej, stojąc przy wejściu do poszczególnych jaskiń. 🤣. Wędrówką do Kocich Skał i Kociego Zamku oraz droga powrotna do auta zajęła nam 1,5 godziny. Zliczając wszystko razem od startu z parkingu, całość zajęłam nam 3,5 godziny.
Początkowo szlak prowadzi nieco pod górę, dlatego Młoda trochę zaczęła marudzić. Ale na szczęście po około 10 minutach marszu wśród drzew i pojedynczych formacji skalnych dotarliśmy do kamienistej ścieżki prowadzącej pod samo Skalne Miasto Ostaš. Szlak odbijał w prawo do drewnianych schodów – wprost do labiryntów skalnych. Mnie jednak się ubzdurało, że jeśli mamy trafić na szczyt, to koniecznie trzeba podejść do góry, więc nie bacząc na oznaczenia, zarządziłam dalszą wędrówkę kamienistą trasą. Pod górę… Jak coś, to tamtędy można dojść na szczyt, ale okrężną drogą – omijając to, co najciekawsze, czyli skalne labirynty. Dlatego nie polecam. :)
Kiedy się zorientowałam, że ta trasa chyba nie jest drogą, którą powinniśmy iść, z pokerową miną zarządziłam powrót do drewnianych schodów, psiocząc coś pod nosem, że ci Czesi nie potrafią dobrze szlaków oznaczyć. Małż jednak nie omieszkał wytknąć mi pomyłki. A niech ma radość. Młoda już nieco łapała Kwaśniaka, bo chciała koniecznie przejść przez te obiecane skalne labirynty. Szybko jednak Kwaśniak ją opuścił…
Zapraszamy na:
Jeśli lubicie wąskie skalne labirynty, wspinaczkę korytarzami wśród skał i piękne widoki gór, koniecznie musicie odwiedzić Skalne Miasto Ostaš (Ostasz). Jest to nasz faworyt, jeśli chodzi o stopień trudności i przeciskanie się między skalnymi ścianami.
Trochę faktów:
Ostaš jest to szczyt w czeskich Górach Stołowych, wznoszący się na 700 m n.p.m.;
znajduje się w okolicach miejscowości Police Nad Metuji;
my dotarliśmy tam, przekraczając granice w Ostrej Górze (droga do Ostaš z Dusznik-Zdroju zajęła nam 30 minut);
Skalne Miasto Ostaš składa się z dwóch części: górnej, ze Skalnym labiryntem i szczytem (do którego prowadzi szlak niebieski), oraz Dolnej, tzw. Kočiči Hrad (Koci Zamek, do którego prowadzi szlak zielony);
przy wejściu na szlak znajduje się spory parking, można tu płacić koronami i złotówkami (zapłaciliśmy 25 zł);
wejście do Skalnego Miasta jest bezpłatne;
koniecznie trzymajcie się oznaczeń, bo ja poprowadziłam nas najpierw do czyjejś prywatnej posesji.
Żeby do niego dotrzeć, trzeba zejść do początku drogi i odbić w lewo na zielony szlak (idąc w górę, mamy go po prawej stronie) i iść dalej drogą przez tzw. Kocie Skały (ok. 1 km). Początkowo trasa wiedzie nad przepaścią, przez leśny zagajnik. Po chwili jednak wchodzi się na schody, które prowadzą wśród skał. Momentami jest naprawdę stromo i wąsko. Dlatego warto być ostrożnym! Jest tam nawet miejsce, gdzie musieliśmy się czołgać na czworaka. Ku uciesze Młodej, oczywiście, i Didulca, która chichotała w nosidle. Małż rozdarł sobie przez to spodnie dresowe. Tak że ofiary były…
Po 1,5 godziny (licząc od parkingu) dotarliśmy na szczyt Ostaš, znajdujący się na tzw. Frydlanckiej Skale. Stamtąd rozpościera się piękny widok na Góry Stołowe, Góry Kamienne, Rudawy Janowickie, Góry Suche i Broumowskie Ściany. Cieszyłam się, że chwilę możemy odsapnąć. Byliśmy nieźle wymęczeni tą wspinaczką. Tzn. ja i Małż, bo Młoda zachowywała się tak, jakby w labiryncie doładowywała sobie baterie…
Słońce cudnie świeciło, więc widoki były naprawdę imponujące.
Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną. Dalsza trasa prowadzi ze szczytu okrężną drogą wśród łąk i drzew – nie przez skalny labirynt. My jednak mieliśmy ochotę zejść jak najszybciej, więc wybraliśmy drogę na skróty… czyli nieco pod prąd, omijając te najwęższe przejścia. Przy wejściu do Ostaš zrobiliśmy dłuższą przerwę na drugie śniadanie.
Byliśmy już zmęczeni, dlatego Małż chciał już wracać do auta. Ja i Młoda (Didulec była wtedy zajęta zbieraniem kamyków) przegłosowałyśmy go jednak i zarządziłyśmy zdobycie Kociego Zamku.
Po wejściu drewnianymi schodkami zaczyna się pierwsze wąskie przejście skalnym korytarzem. Powiem tak: ten, kto oznaczał szlak, miał fantazje! A to dlatego, że poprowadził go tak, żeby turyści nie mieli lekko. Ale właśnie o to w tym chodzi. Generalnie droga na szczyt mogłaby prowadzić prosto pod górę. Ale trzeba się namęczyć, poprzeciskać, powciągać brzucha, żeby dotrzeć do celu. Trasa prowadzi momentami takimi przejściami, które na pierwszy rzut oka są nie do zdobycia. Szczególnie z dzieckiem niesionym w nosidle. Na szczęście Didulec spała! Więc nie była świadoma tego, jakie dramaty rozgrywają się wokoło.
Po dłuższej chwili krążenia po wąskich korytarzach zrozumiałam, o co tu chodzi – szlak prowadził nas tak, żebyśmy zobaczyli jak najwięcej ciekawych skalnych formacji oraz zdobyli kolejne punkty widokowe. A przy okazji wykazali się zręcznością i wyobraźnią. Młoda była, delikatnie mówiąc, przeszczęśliwa. A najbardziej cieszyło ją, gdy ja czy Małż mieliśmy problem, aby przejść. Dodam, że ja mam klaustrofobię… Co mnie podkusiło? Nie wiem, ale nie żałuję. :)
Gdy około 10:00 zaparkowaliśmy samochód, parking był już w ⅓ zajęty. Pan, który pobierał opłaty za miejsce parkingowe, był bardzo miły i uprzejmy (w ogóle muszę przyznać, że podczas wędrówek po czeskiej stronie nie spotkaliśmy żadnego niemiłego czy naburmuszonego Czecha!).
Słońce świeciło coraz mocniej, tak że pogoda szykowała się zupełnie inna niż dzień wcześniej w Teplickich Skałach. Z dużym zapałem i pozytywną energią ruszyliśmy na szlak. Didulec w miękkim nosidle, a reszta na swych dolnych kończynach.
Obok parkingu znajduje się znak z rozpiską szlaków. Ten, który nas interesował, wskazywał kierunek niejednoznacznie (tzn. według mnie, bo Małż zaśmiał się, że poszłam nie tam, gdzie trzeba). Dlatego najpierw poprowadziłam nas drogą do czyjejś posesji… Na szczęście dość szybko się zorientowałam (zanim weszłam komuś do domu, przeciskając się przez korytarze i pokoje). I po chwili znajdowaliśmy się już na prawidłowej ścieżce, prowadzącej niebieskim szlakiem. Po chwili stanęliśmy przed kolejnym oznaczeniem: prosto do szczytu Ostaš szlakiem niebieskim i w prawo szlakiem zielonym na Koci Zamek. Ten drugi zostawiliśmy sobie na deser.
Ostaš i Kočičí hrad