Dość już o klękaniu i obdartych kolanach. Co udało nam się zobaczyć w tym pięknym, dużym zoo? Między innymi Ogródek Dziecięcy – miejsce pełne zwierząt domowych, takich jak: kucyki, osiołki czy kozy. Oprócz tego widziałyśmy też lemury, które chętnie pozowały do zdjęć zza szyby. Ogromny „wybieg” z orłem, strusie, surykatki czy tapiry – u tych ostatnich załapałyśmy się na karmienie oraz opowieść o tym gatunku. Swoją drogą ich wybieg był nad samym stawem, co wyglądało bardzo klimatycznie.

A na koniec, już w drodze powrotnej, wyjaśniło się, czemu Młoda była taka marudna. Bidula dostała gorączki i na drugi dzień rozłożył ją straszliwy katar i zapalenie ucha. Także tego…

Zakończyliśmy z przytupem, niemniej uważam, że Poznań jest pięknym i przyjaznym miastem. Na pewno wrócimy tam obejrzeć jego pozostałe zakątki.

I tu zdarzył mi się mały wypadek. Kiedy szłam (z ważącą sporo) Młodą na rękach… Potknęłam się! Noga mi się podwinęła i w ułamku sekundy przekalkulowałam, co najlepiej zrobić… „Jeśli poddam się temu, co ma nastąpić, to upadnę na swoje dziecko. Jeśli wypuszczę ją z rąk, żeby ratować się przed upadkiem, to na mur-beton dziecko mi się potłucze…”

Wygrała opcja nr 3. Uklękłam na jedno kolano. Centralnie przy mijających mnie ludziach. A było ich dość sporo.

To nie było „miękkie” klęknięcie. Zaryłam kolanem o asfalt. Biedne kolanko wzięło na siebie cały mój i Młodej ciężar. Jednak zachowałam stoicki spokój, na twarzy rysował mi się lekki uśmiech, a oczy mówiły: „Nic mi nie jest, to przecież miało tak być. Klęknęłam, żeby postawić Młodą na ziemię”.

Jednak wewnątrz ryczałam i wyłam z bólu. W końcu krwawiąca rana może boleć… Szczególnie że przetarłam dżinsy. Ludzie początkowo przyglądali się nam z zaciekawieniem – matka klęczy, dziecko nie chce zejść z jej rąk (bo skubana stwierdziła, że ona już nie ma siły w nogach), a do tego z kieszeni kurtki kobiecie wypadł telefon, klucze od auta i drobne monety (efekt lekkiego szarpania się z Młodą, co by ze mnie choć na chwilę zeszła).

W końcu udało mi się ją przekonać, żeby stanęła na ziemi. Wtedy mogłam się ogarnąć. Pozbierałam swoje fanty, wstałam, otrzepałam się, spojrzałam na biedne kolano, zawyłam bezgłośnie i wzięłam Młodą za rękę. Po tym wszystkim udałyśmy się do wyjścia. Marudziła przeokropnie.

Po zwiedzaniu Rynku spotkałyśmy się z Małżem na obiedzie. Później spakowaliśmy samochód i pognałyśmy z Młodą do poznańskiego zoo. A konkretnie do Nowego Zoo przy ulicy Krańcowej (jest też Stare Zoo przy ulicy Zwierzynieckiej).

Obecnie płaci się 55 zł za bilet normalny i 35 zł za ulgowy, a dzieciaki poniżej 3 roku życia wchodzą za darmo (Młoda już się nie łapała, od 3 miesięcy była 4-latką pełną gębą). Przy zoo jest spory płatny parking.

Na wstępie chciałabym napisać, że miałam w planach obejście całego zoo, które jest dosyć spore. Można też skorzystać z objazdu DARMOWĄ kolejką, której trasa prowadzi praktycznie przez całe zoo. No dobra… Plany planami, ale panna nieletnia zaczęła marudzić, a kolejka nam dwa razy uciekła, więc spacerowałyśmy.

Dobrze, że po drodze było sporo miejsc, gdzie można było usiąść i odpocząć, bo Młoda często z nich korzystała. W pewnym momencie zwykłe marudzenie przeobraziło się w klasyczne Dziecko Foch. Starałam się, co prawda, szybko reagować, tak że pod koniec musiałam ją nawet nieść, żeby był względny spokój.

Ostatni na naszej liście atrakcji był Zamek Królewski. Na szczęście znajduje się bardzo blisko Starego Rynku, dlatego szybko przeszłyśmy w tamte rejony (uliczkami Stary Rynek i Zamkową).

Zamek był ważnym punktem zwiedzania. Wiadomo, każda szanująca się księżniczka, a Młoda za taką się uważa, powinna obejrzeć takie miejsce. Jednak do środka wchodzić nie chciała. Pozostało zwiedzanie zamku z zewnątrz.

Nasze zwiedzanie Rynku zwieńczyła wizyta w Rossmannie. Musiałam wejść po krem i kilka drobiazgów, a Młoda przy tej okazji wyprosiła (wybłagała ze łzami w oczach) kolejną już lalkę Enchantimals do kolekcji – tak że taka pamiątka z Poznania. Co zrobić…

Do Poznania wybraliśmy się w październikowy weekend. Do miasta dotarliśmy dość późno, bo około godziny 20:00. Niestety, jazda w piątkowe popołudnie wiąże się ze staniem w korkach i opóźnieniami. Ale musieliśmy skończyć pracę i dopiero wtedy mogliśmy spokojnie wsiąść w auto i wyruszyć.

Centrum Poznania przywitało nas już po zmroku. Dość sporym wyzwaniem było znalezienie hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. A raczej wjazdu na parking tego hotelu. Wjeżdżało się bowiem od zupełnie innej strony. Po małych perturbacjach udało się w końcu bezpiecznie zaparkować, a następnie rozgościć w pokoju.

Przed pójściem spać musieliśmy jeszcze coś zjeść. Dlatego postanowiliśmy pójść na Stary Rynek. Młoda była zachwycona wędrówką wśród latarni po ciemku – do tego z gwiazdami nad głową. Było chłodno, ale niebo było bezchmurne. Kiedy znaleźliśmy się na Rynku, przywitał nas gwar i odgłosy rozmów. Było tam naprawdę sporo ludzi (głównie studentów – tak przypuszczam).

Na rogu jednej z kamienic znaleźliśmy przytulną knajpkę El Mundo de Tapas. Co prawda, niektórzy goście patrzyli na nas podejrzliwie… Już prawie dochodziła 22:00, kiedy zamawialiśmy jedzenie, a przypomnę – byliśmy z człowiekiem nieletnim, który już dawno powinien być w łóżku… Ale nie przejmowaliśmy się tym. Zamówiliśmy makaron i burgera, a do tego napoje. Zjedliśmy i wróciliśmy do hotelu.

Ratusz zrobił na mnie wrażenie – jest imponujący. Za budynkiem ratusza (na rogu ulicy Ratuszowej i Jana Baptysty Quadro) znajduje się Studzienka Bamberki i tam zatrzymałyśmy się na dłuższą chwilę. Kolorowe kamienice oraz rozstawione przy okolicznych restauracjach i kawiarniach stoliki i krzesła sprawiały wrażenie, jakbyśmy zwiedzały jakieś zabytkowe śródziemnomorskie miasteczko. Tylko temperatura była niezbyt śródziemnomorska.

Poszłyśmy na gorącą czekoladę oraz drożdżówki. Kupiłyśmy, obowiązkowo oczywiście, magnesy na lodówkę.

Należy tu nadmienić, że na Starym Rynku jest kilka ciekawych muzeów (między innymi Muzeum Powstania Wielkopolskiego, Muzeum Archeologiczne czy Muzeum Historii Miasta Poznania). Było dość wcześnie i wszystkie były zamknięte, więc ich nie zwiedzałyśmy. Ponadto Młoda wyraziła, delikatnie mówiąc, niechęć do pójścia w któreś z tych miejsc. Wstyd się też przyznać, ale minęłyśmy słynne koziołki poznańskie, nie poświęcając im ani minuty, bo po prostu o nich zapomniałam.

Następnego dnia czekało mnie i Młodą samotne zwiedzanie, bo Małż miał swoje sprawy do załatwienia. Miałyśmy w planach zaliczyć dwie atrakcje – zwiedzić poznański Stary Rynek oraz pojechać do zoo.

Rano – po śniadaniu serwowanym w hotelu (w mojej ulubionej formie szwedzkiego stołu) – Małż wyruszył w swoją stronę, a my z Młodą poszłyśmy na Stary Rynek. Z hotelu prowadziło tam kilka dróg. Wybrałyśmy ulicę Święty Marcin. Po drodze minęłyśmy pomnik Hipolita Cegielskiego. Dobrze go pamiętam, bo Młodociana chciała mieć zdjęcie przy (uwaga!) „rzeźbie hipopotama”... Następnie przeszłyśmy ulicę Szkolną i dotarłyśmy do celu naszej wędrówki.

Zatrzymałyśmy się przy okazałej Fontannie Neptuna. Młoda ubolewała nad faktem, że woda nie leci. Wytłumaczyłam jej, że to zapewne przez niską temperaturę. Obeszłyśmy Rynek wokoło. Oglądałyśmy piękne i urokliwe kamienice. Jak malowane! Przechadzałyśmy się klimatycznymi uliczkami.

POZNAŃ

Zapraszamy na: