Pierwszą, dlatego że była też druga – pod koniec naszego wakacyjnego pobytu w tych stronach. Ale położyła się cieniem na wcześniejszym zachwycie Soliną. A dlaczego? To było dwa dni przed powrotem do domu, kiedy zachciało nam się zabrać dziewczyny na wycieczkę po tajemniczych, nieistniejących już wsiach Bieszczadzkich (m.in. Krywe). Na mapie wyglądało to super, tylko nie zauważyliśmy, że nie można tam dojechać samochodem. To znaczy można, ale drogami leśnymi, które dla zwykłych ludzi (takich jak my), są zamknięte. Szlaku jako tako też nie mogliśmy odszukać, więc odpuściliśmy.

Pojechaliśmy dalej i szukaliśmy atrakcji. W międzyczasie Didulec zasnęła w aucie. I wreszcie pierwsza atrakcja – stacja benzynowa… Po zatankowaniu i zakupie żelków szukaliśmy dalej. I tak trafiliśmy do Ustrzyków Dolnych, a tam do… Pepco. Po czapkę dla Młodej. Małż znalazł w Ustrzykach punkt widokowy i Muzeum Przyrodnicze. Okazało się, że na punkt widokowy trzeba iść 55 minut i gdyby nie kontuzja Małża, to byśmy się wybrali, ale w tej sytuacji zrezygnowaliśmy. A do Muzeum nie dotarliśmy, bo Google Maps, który nas prowadził, zgubił drogę. 🤷‍♀️

Zmęczeni prawie dwugodzinną podróżą zdecydowaliśmy pojechać do Soliny. I tak zrobiliśmy. Droga prowadziła jednak od drugiej strony niż z Zawozu. I nie sprawdziliśmy, że przez remont drogi w Solinie tworzy się tam gigantyczny korek, w którym staliśmy godzinę…

Gdy dotarliśmy do wejścia na Zaporę (od strony dolnej stacji kolejki, ale można też dostać się tam od Portu Solina) byliśmy głodni i bolały nas tyłki od jazdy samochodem. Frustracja wzrosła w momencie, kiedy znaleźliśmy się w gigantycznym tłumie ludzi szturmujących stragany z bibelotami oraz zaporę.

Po zjedzeniu obiadu (średniego w smaku, więc nie polecam tutaj tej restauracji), zrobieniu Młodej kolejnego kolorowego warkoczyka, kupieniu poduszki z Wednesday oraz maskotki Sticha (Didulec zapragnęła tylko małej piłeczki za 5 zł) wróciliśmy do samochodu, a następnie do domku w Zawozie. No cóż, bywają i takie dni, w których niekoniecznie dzieciaki dokazują, tylko dorośli źle się zorganizują…

Didulec zasnęła „na cycu” snem mocnym, więc postanowiliśmy zaczekać, aż się obudzi. Dobrze się złożyło, bo kolejka gondolowa, którą mieliśmy wrócić na dół, akurat stanęła z powodu awarii prądu. Awaria miała zostać naprawiona ok. 13:30. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, była 12:00… Tak więc przy mrożonej kawie i lemoniadzie, przy delikatnym pochrapywaniu Didulca delektowaliśmy się widokami, siedzieliśmy bowiem na tarasie karczmy.

Około 13:00 obok naszego stolika usiadła para z na oko dwuletnim chłopcem. Chłopczyk – jak to dziecko – nie zachowywał się specjalnie cicho. Nie mam, oczywiście, o to pretensji, ale jego wycie i popiskiwanie (z pewnością wcześniej byli w Tajemniczej Solinie… 😁) obudziło Didulca. Na szczęście parę minut później ruszyła kolejka! I to przed wskazanym wcześniej czasem. Cóż za świetny zbieg okoliczności! Czasami coś się uda…

Ruszyliśmy w drogę powrotną. Kolejka do gondoli była spora, ale na szczęście wsiadanie kolejnych osób do wagoników szło dość szybko. Gdy zjechaliśmy, w dolnej stacji była gigantyczna kolejka. Jak się okazało, wcale nie po bilety na Górę, tylko po zwrot za niewykorzystany bilet na zjazd. 🤷‍♀️

Ku niechęci Małża Młoda zażyczyła sobie przejść się do zapory. Niechęć wynikała z bólu nogi. Ja poszłam chętnie, ale miałam zgoła odmienne pobudki niż Młoda – chciałam podziwiać widok z zapory. Młoda po prostu chciała zobaczyć pamiątki, które znajdowały się w budach – zdradliwie rozstawionych przy ścieżce do zapory. Jeśli chcecie wiedzieć, czym jest dziecko bazarowo-straganowe to kliknijcie tutaj.

Doszliśmy do zapory, ale nie mieliśmy już sił przejść całej, więc zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy. Po drodze Młoda namówiła nas na kolorowe warkoczyki i maskotkę rysia. Miała dobry argument – bo przecież ryś jest symbolem Bieszczadzkiego Parku Narodowego. No i jak tu się nie zgodzić…

Didulec na straganach również się uruchomiła. „Zaczyna się… – pomyślałam. – Teraz będziemy mieć dwoje dzieci bazarowo-straganowych…”. Mała wybrała sobie popularną ostatnio pluszową gęś. Przytuliła się do niej i nie chciała puścić. Tym akcentem postanowiliśmy zakończyć naszą pierwszą wycieczkę w Solinie.

Żeby się dostać do parku, trzeba wyjść z górnej stacji kolejki PKL, przejść sporym tarasem widokowym połączonym z parkingiem obok karczmy Jawor i zejść schodkami na dół. Nad schodami znajduje się spory napis „Tajemnicza Solina”, więc ciężko tam nie trafić. :) Ten park zasługuje na osobny wpis, więc w tym poście nie będę się rozpisywać. Pokrótce napiszę tylko, że można się w nim zapoznać z Biesami i Czadami oraz posłuchać bieszczadzkich legend, m.in. o Olbrzymach. Można też zjechać gigantycznymi zjeżdżalniami, czy przejść labirynt, w którym słychać odgłosy nie z tej ziemi. Ale największe wrażenie wywarła na nas pewna studnia…

Generalnie umęczyłam się okrutnie bieganiem na kolejne atrakcje z Didulcem na rękach. Młoda ku mojemu zaskoczeniu była tak zafascynowana, że nie czuła zmęczenia. Zazdrościłam jej bardzo…

Tak czy inaczej, jeśli będziecie na Górze Jawor, to Tajemnicza Solina jest świetnym miejscem na spędzenie czasu z dzieciakami. Nie jest to kolejny park pełen dmuchańców czy budek z pierdołami. Jest stworzony tak, aby młodzież odkrywała coś nowego i chętnie korzystała z kolejnych atrakcji.

Po ponad godzinnej zabawie w parku, wraz z dziewczynkami wróciłyśmy do Małża, który ze względu na kontuzję nogi odpoczywał przez ten czas w karczmie Jawor. Zamówiliśmy sobie jedzenie (całkiem smaczne) i mieliśmy zamiar posiedzieć maksymalnie godzinę. Wiadomo jednak – plany planami…

Na II piętrze znajduje się wejście do kolejki gondolowej. Przeszklone wagoniki są bardzo nowoczesne. W każdym zmieści się 8 osób. Jechaliśmy sami ze względu na małą liczbę osób (jeszcze małą o tej porze:)). Na Górę wjeżdża się dość szybko. Z wagonika można podziwiać zaporę, dopływ Sanu oraz okoliczne masywy Gór Sanocko-Turczańskich. Zarówno Młoda, jak i Didulec były zachwycone przejażdżką.

Kiedy dotarliśmy do stacji na Górze Jawor, skierowaliśmy się na wieżę widokową (trzeba dokupić osobny bilet wstępu). Na szczyt wieży można wejść po schodach lub wjechać windą. Znajduje się tam platforma widokowa, z której rozciąga się widok na Jezioro Solińskie oraz Góry Sanocko-Turczańskie. Można też wykonać zdjęcie w formacie A4 w dostępnym na wieży automacie – z widokiem na jezioro, oczywiście.

Didulec była w nosidle, ale do wagonika spokojnie wejdzie wózek dla bąbelka. Na szczycie wieży Didulec opanowała technikę wyciągania z mojej koszulki cyca – nakarmiła się i prawie zasnęła. Dodam, że technika karmienia się w nosidle była praktykowana przez nią przez cały wyjazd… A dlaczego była gotowa zasnąć, a nie zasnęła? Otóż dlatego, że z wieży zeszliśmy do Tajemniczej Soliny – pięknego tematycznego parku rozrywki. Tam dziewczyny szalały! Głównie Młoda, ale Didulec też znalazła coś dla siebie.

Podczas gdy on walczył z przeciwnościami losu, ja kupiłam bilety. Nieco mnie zaskoczyło pytanie kasjerki, czy chcę bilety tylko na kolejkę, czy jeszcze do parku rozrywki. Jak to? Jakiego parku rozrywki? Ale gdzie? Tu? Wytłumaczyła mi, że na Górze Jawor pod wieżą widokową znajduje się park rozrywki Tajemnicza Solina i bilety do niego można też kupić już na miejscu. Wybrałam opcję biletu tylko na wjazd i zjazd kolejką. Nie wiedziałam, jak nam pójdzie zwiedzanie i czy będziemy mieć siły na więcej. Oj, mieliśmy! Ale o tym później. Koszt biletów nie jest wygórowany, można spojrzeć na cennik tutaj. Dodam, że bilety można kupić na trzy sposoby: w kasie na stacji, w automatach biletowych oraz online.

Kiedy udaliśmy się do windy (w końcu Małż ledwo szedł, więc winda się należała), miła pani z obsługi poleciła nam zatrzymać się na I piętrze, ponieważ jest tam multimedialna ścieżka edukacyjna. Tak zrobiliśmy. I nie żałowaliśmy! Świetnie zorganizowane miejsce (krótki filmik  z tego miejsca jest na naszym IG). Pokazano działanie zapory i nie tylko. Na ścianach zapisane są liczby danych gatunków zwierząt, które można spotkać w okolicznych lasach. Jest informacja o kolejce gondolowej. Można też przejść się hologramową ścieżką po wodzie i kamieniach. Na makiecie 3D pokazane jest Jezioro Solińskie. Byliśmy szczerze zachwyceni. Oczywiście, Didulec bardzo chciała dotknąć hologramów kamieni…

Wyruszyliśmy tam rano. Do Soliny dotarliśmy na 9:00 (z Zawozu to ponad 24 kilometry i około pół godziny drogi). Naszym celem była kolejka gondolowa, wieża widokowa na Górze Jawor oraz przejście przez zaporę na jeziorze Solińskim. Przyznam szczerze, że jak to zwykle bywa, nasze oczekiwania nieco odbiegały od rzeczywistości. Ale tym razem byliśmy pozytywnie zaskoczeni!

Zaparkowaliśmy samochód na parkingu znajdującym się najbliżej wejścia na kolejkę. Małż poprosił o podwiezienie pod samo wejście do budynku (tak, ja prowadziłam, bo na jego nieszczęście z kontuzją jeszcze nie mógł), ale że był tam zakaz wjazdu (Małż z pewnością udawałby, że go nie widzi), to nie spełniłam jego prośby.

Zapakowaliśmy Didulca do nosidła (choć bardzo nie chciała), wzięliśmy Młodą i ruszyliśmy do budynku, w którym znajduje się dolna stacja kolejki gondolowej (Plasza). Dla Małża droga do wejścia różami usłana nie była… Na górę można się dostać schodami lub podjazdem dla wózków. Wybrał to drugie. Nastękał się biedak. Namarudził. Ponarzekał. Ale wlazł – choć kontuzja nogi dawała mu popalić.

Jeśli będziecie spędzać urlop w Bieszczadach, to pamiętajcie, że warto pojechać nad Jezioro Solińskie, które powstało podczas spiętrzenia wód rzek: Sanu i Solinki. Swoją drogą, trudno je przeoczyć, ponieważ ma aż 22 km² powierzchni.

Jedną z najbardziej znanych miejscowości brzegowych Jeziora Solińskiego jest Solina. To dobre miejsce dla amatorów sportów wodnych. Co ważne, znajduje się ona nie w samych Bieszczadach, a w Górach Sanocko Turczańskich. Wybraliśmy się tam na naszą pierwszą wspólną wyprawę po wypadku Małża (nie licząc sobotniego SOR-u w Sanoku i piątkowego w Lesku).

W Solinie znajduje się zapora i elektrownia. Przed ich powstaniem miejscowość znajdowała się tam, gdzie teraz jest dno jeziora. Zapora jest długa na 664 metry i wysoka na 81,8 metra. Można po niej przejść spacerem, podziwiając piękno jeziora i gór. Obecnie nad elektrownią kursuje kolejka gondolowa PKL. Dojeżdża się nią na widoczną z zapory Górę Jawor.

Zapraszamy na:

SOLINA