Po zakończeniu zwiedzania (można jeszcze się przejść ogrodami oraz lapidariami) wróciliśmy do sklepiku, w którym kupiliśmy lody, frytki, magnes (oczywista oczywistość 😁) oraz kulę śnieżną z Matką Boską, którą upatrzyła sobie Młoda. No i właśnie z tą kulą związana jest zabawna historia. Podchodzi Małż do sprzedawczyni i mówi, że poprosi kulę z Matką Boską. Na co pani patrzy ze zdziwieniem i mówi, że nie ma. Młoda wskazuje palcem, o co jej konkretnie chodzi, na co pani ze śmiechem mówi, że to nie Matka Boska tylko Biała Dama… kurtyna. 😁

Reasumując, jeśli szukacie ciekawej i nie za długiej rozrywki na weekend, to bardzo polecamy Zamek Grodziec. Na pewno będziecie się tu dobrze bawić. My w przyszłości zamierzamy tam zanocować i zobaczyć, co się wydarzy…

Na wieży (znajdującej się bezpośrednio nad salami zamkowymi) zjedliśmy sobie drugie śniadanie. Plusem (kolejny raz to powtarzam) wczesnego wyjścia z domu był fakt, że oprócz nas w całym obiekcie było kilkoro innych turystów – nie licząc tych, którzy nocowali na zamku. Dlatego rozkoszując się ciszą i pięknym widokiem na góry (moje serce płakało z radości!), pałaszowaliśmy owoce i wafelki.

Następnie udaliśmy się do drugiej części zamku, tej nieodrestaurowanej i surowej, z wieżą wartowniczą. Stamtąd widok na góry był jeszcze piękniejszy. Tam również czeka na zwiedzających mnóstwo schodków i wąskich przejść. W tym przypadku nosidło bardzo się przydało.

Na dziedzińcu można wejść na mur zamkowy oraz zobaczyć wystawę średniowiecznych narzędzi tortur. I o ile dyby czy tzw. żelazna dziewica nie zrobiły na mnie wrażenia, to już piła, którą w dawnych czasach rozcinano na żywca wiszącego do góry nogami człowieka, zdecydowanie tak. I to bardzo.

Po kupieniu biletów w sklepiku, w którym są również pamiątki (ale o nich ciut później), wyruszyliśmy na zwiedzanie. Rozpoczęliśmy od sal zamkowych (czyli właściwie ścisłego wnętrza zamku). Komnaty są bardzo duże i jest tam mnóstwo przedmiotów z epoki. Na parterze dla zwiedzających udostępniona jest sporej wielkości sala rycerska oraz przytulna sala kominkowa. Z niej krętymi, stromymi schodami przechodzi się na 1. piętro. Tam zwiedziliśmy salę książęcą oraz salę księżnej, jak również kaplicę. Po zatoczeniu koła i zejściu po schodach (znajdują się w pobliżu wejścia do kaplicy) zwiedzanie wnętrza zamku można uznać za zakończone. Młoda była zafascynowana na maksa, a Didulec dzielnie maszerowała na krótkich, aczkolwiek silnych nóżkach.

Po zwiedzeniu tej części zamku przyszedł czas na (w mojej ocenie) ciekawszy element, którymi są chodniki wartownicze oraz wieże. Żeby się tam dostać, można skorzystać z kilku wejść. My wybraliśmy to obok wejścia do hotelowej części zamku. No i tu się zaczęło najlepsze. Jeśli czytaliście tekst o Błędnych Skałach oraz o Szczelińcu, to na pewno kojarzycie, o co chodzi w zabawie: „Czy tatuś tu się zmieści?”. Na zamku było podobnie. 😁 Wąskie przejścia, korytarze i schody dawały dzieciakom (ale również nam dorosłym) wiele frajdy. Był nawet moment, gdy Małż musiał iść na czworaka (wchodząc po schodkach na jedną z wież; jest tam nawet oznaczenie: „Uwaga niski strop”). Ile przy tym było śmiechu i radości! Głównie mojej i Młodej. 😁 Małż nie był tym faktem aż tak rozweselony, a Didulec walczyła ze schodkami – pokonując je z moją pomocą. Zbuntowała się i kategorycznie odmówiła siedzenia w nosidle.

Gdzieś wyczytałam, że zamek otwarty jest od 9:00. Na spokojnie pustymi drogami dojechaliśmy na miejsce. Z Wrocławia to nieco ponad 100 km, czasowo wychodzi 1 godzina i 20 minut. Dla nas w sam raz. Co do godzin otwarcia później doczytałam na stronie zamku, że jest on czynny od 10:00 do 18:00, od poniedziałku do niedzieli. Nam jednak bez problemu udało się wejść przed 10:00.

Przy samym wejściu do zamku znajduje się niewielki darmowy parking. Wjeżdża się na niego przez kamienną bramę, co od razu wprowadza w klimat tego miejsca. Dodam, że dodatkowy parking jest na dole – przy wjeździe na zamkową górę.

Po przekroczeniu bramy zamku po prawej stronie znajdziemy kasę. Gdy przyszliśmy o tak wczesnej porze, jeszcze była zamknięta. Ale na dziedzińcu jest sklepik i tam również można kupić bilety. Podrzucam cennik. Didulec z racji swego młodego wieku weszła za darmo. Nadmienię, że na dziedziniec oczywiście można wjechać wózkiem, jednak podczas zwiedzania zamku bardziej przyda się nosidło. Didulec obecnie gardzi wszelkimi pomocami w przemieszczaniu się, preferuje swoje nogi (co z jednej strony bardzo cieszy, a z drugiej trochę opóźnia pochód 😁). Mimo to nosidło miałam ze sobą. Przydało się podczas wchodzenia i schodzenia wąskimi krętymi schodami, których jest tu dość sporo.

Zapraszamy na:

Mieszkamy na Dolnym Śląsku. A jak wiadomo, to region bogaty w zamki. Jest ich tu naprawdę sporo. Ostatnimi czasy Młoda pała miłością do wszelkich legend, baśni, dziwnych stworów, historii o prawdziwych księżniczkach (te z Disneya są już passé) oraz zamków i pałaców. Kiedy rozmyślaliśmy o tym, jaką by tu wycieczkę zorganizować w pierwszą wrześniową niedzielę, trafiliśmy na post jednego z super blogów podróżniczych o Zamku Grodziec. Nie było odwrotu. Klamka zapadła!

Szybko się spakowaliśmy i o 8:30 (w niedzielę, kiedy prawdopodobnie ¾ społeczeństwa śpi) byliśmy już w drodze.

Zamek Grodziec znajduje się w powiecie złotoryjskim, niedaleko wsi Grodziec. Jest to późnogotycka budowla, wybudowana na szczycie góry Grodziec. O bogatej historii zamku możecie poczytać tutaj. Ciekawostką jest bez wątpienia fakt, że był planem wielu produkcji filmowych, również zagranicznych. „Zagrał” m.in. w filmie „Wiedźmin”, „Kwiat Diabła”, „Taras Bulba” czy „Przyłbice i kaptury”. Obecnie dzierżawi go osoba prywatna. Jest miejscem wielu wydarzeń kulturalnych (m.in. Międzynarodowych Biesiad Zespołów Kresowych, Śląskiego Święta Pieśni, Agroturystycznego Święta Wina i Miodu Pitnego). A co równie ciekawe i zachęcające, można w nim wynająć pokój i zostać na noc. Na zamek wpuszczają psy, można też załapać się na zwiedzanie z przewodnikiem (o pełnych godzinach od 11:00 do 16:00) w ramach biletu.

ZAMEK GRODZIEC